blog
Pogrzebany święty spokój... (30.08.2011 10:32:57)
Czy u Was też czasem wszystko potrafi runąć jak Mur Berliński?
Oj jak bardzo chciałabym, żeby dzieci się rozwijały nie skokowo, tylko płynnie, bez kryzysów. A tu, w rzeczywistości bywa tak, że jest spokojnie, dogadujemy się po, czym wszystko bierze w łeb i wali się jak Mur Berliński. Ech! :-(
Dzisiaj mur runął kolejny raz... i pogrzebał mój "święty spokój". Zosia jest typem nadwrażliwca i u niej zawsze bardzo odczuwalne są skoki rozwojowe. U mojego syna zawsze to idzie inaczej, tak ciszej (dosłownie) i z większym zrozumieniem. W ślad za Zosią idzie tornado, sieje spustoszenie, po czym zalega długa lub krótka chwila ciszy, czyli "normalności". Mimo, że szybko przyzwyczajam się do dobrego, to mam świadomość, że wystarczy nieco więcej bodźców, znudzenia, zmęczenia i... wszystko zaczynamy od początku, starając trzymać się trzech podstawowych zasad: nie bić, nie ranić, nie niszczyć (to brzmi trywialnie, a jest niesamowicie trudne do osiągnięcia). Gdy mur się wali, staję jak żołnierz do "walki". Opancerzam się, udaję sama przed sobą, że mam słuchawki, albo zmuszam się do wyobrażania sobie, że oto jestem na plaży i słyszę szum morza...
Powiecie niemożliwe, a jednak czego człowiek nie zrobi, żeby nie dać się ponieść emocjom.
Powód dla którego mur się wali, jest najczęściej błahy, bezsensowny: a to, że nie ma truskawek, a ona je lubi, albo, że mleko nie cieknie ze słomki, albo akurat, ktoś się uśmiechnął, lecz nie w pożądanym momencie... Tak naprawdę Zosia to strasznie fajna dziewczynka, która krzycząc daje znać światu, że znowu robi swoje małe emocjonalne postępy. Jakże trudne są one do zniesienia, do tego stopnia, że niewiele myśląc – zasięgnęłam rady pani psycholog. Nie powiedziała mi nic nowego, ale to wsparcie, można by rzec, było bezcenne!
Z upływem czasu widzę, jak bardzo dzieci mnie zmieniają. Nigdy nie posądzałabym się o tyle cierpliwości. Dzisiaj, nieszczęśliwie zawalenie muru nastąpiło wtedy, gdy mieliśmy pojechać po tort, urodziny co prawda już były, ale nie w przedszkolu. Wiem, że jej bardzo na tym zależało.
- No to nie ma problemu! - pomyślałam.
Po tym całym cyrku burzenia się konstrukcji architektonicznej owego muru (tort był w kształcie kucyka pony) byłam pewna, że jak dopadnę ten tort, to go po prostu wyrzucę na ulicę i rozdepczę, porozrzucam, zrobię kulki z tego konika i będę nimi rzucać przed siebie. Nic takiego, w co trudno uwierzyć, się nie stało. Odebrałam go i zawiozłam do przedszkola!
Moja Zosia wie, że rozerwany w złości plakat trzeba będzie posklejać, wszystkich przeprosić i umówić się, że następnym razem spróbujemy odgonić te bulodżery psujące mur tańcem indiańskim, albo przytulasami, albo wyciszeniem w pokoju.
No ale mur runął, więć trzeba wznieść go na nowo - zabieram się do pracy!
Komentarze:
nie ma jeszcze żadnych komentarzy - Twój może być pierwszy!


