blog
Zagettowane umysły, zakratowane oczy, a w ustach kamera… (20.09.2011 08:19:11)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Getto
Trafiłam na ciekawy tekst z serii:” zagettowani ludzie”. Po wielu artykułach np. w Gazecie Wyborczej, o szkodliwości grodzonych osiedli… zjawisko to można chyba tak nazwać.
Tym razem tekst znalazł się w „ Zwierciadle” (Jolanta Koral, Zaśmieceni - z cyklu wolni od stresu, Zwierciadło, nr 383767, 7. 07.2011, str. 89)– ciekawe czy autor wie, jaką dawkę stresu zaaplikował i jak podzielił opinię publiczną?
Jestem zdania, że skoro żyję w państwie demokratycznym, mogę mieszkać w osiedlu grodzonym, lub otwartym, jeśli zechcę. Mam prawo wyboru, nikt mnie nie skazuje na osiedla grodzone ani na otwarte. Mogę decydować.
Poza tym, że w artykule autorka porusza wiele wątków, które kwalifikowałyby się na osobne teksty, (pewnie jeszcze nie raz tu wrócę) wychodzi z tego mało zabawny misz - masz, a do tego autor jest tendencyjny. Opracowanie jest w tonie oskarżycielskim i dla mnie obrazoburcze.
Jednym z założeń całej dyskusji jest teza, że to co wspólne, to dobre, a to co zagrodzone, wygrodzone, to złe. Cytowany dr Maj w artykule mówi: „- Chcemy sobie wygrodzić wspólną przestrzeń, wykroić z niej jakiś kawałek, żeby mieć poczucie, że to jest „ moje” (własność!)” Komentarz jeszcze pojawia się taki, że dr Maj mieszka na osiedlu strzeżonym , chociaż wcale mu się to ogrodzenie nie podoba ( nie wiem czy chodzi o styl, czy o to, że ono w ogóle jest?), po prostu nie miał wyboru. Ciekawe, bo przecież zawsze mógł zdecydować się na inne osiedle, zabytkowe kamienice na Starym mieście, domy jednorodzinne, segmenty. Gdyby mu było źle to sądzę , że by się przeprowadził, a nie tak okropnie zmuszał!
Człowiek chce mieć coś swojego, to nie jest złe, bo zaczyna o to dbać i rozwijać.
Kiedy rodzina męża miała kilka hektarów ziemi, gorzelnię i piękny pałac, wszystko było zadbane, miejscowi mieli pracę. Gdy przejęła to władza, cóż, ludzie rozgrabili majątek do ostatniej cegiełki (dosłownie). Wszystko zarosło chwastami, a państwo położyło łapę na gorzelni. Z rozkwitu zrobił się upadek i wszystko zostało zaprzepaszczone.
Wcale nie jest tak, że na tzw. „ zachodzie”, nic nie jest prywatne i grodzone. Podobno również odchodzi się od grodzenia w Stanach Zjednoczonych. Fakt, może i czasem nie ma płotów (takich widocznych, ale bywają pod napięciem, żeby pies nie wybiegł na ulicę. Szkoda , że nikt o tym nie napisze), ale każdy wie, gdzie kończy się jego działka i nigdy nie wchodzi na teren sąsiada bez pytania.
U nas nie można oceniać zachowania ludzi bez przyjrzenia się historii i tego, w jaki sposób byli traktowani, nie chodzi o ogół, chodzi tu o każdego człowieka indywidualnie. Dlatego w Polsce się grodzi, a ludzie chcą mieć świadomość własności i nic w tym strasznego, wielokrotnie ziemia była zabierana jak nie przez zaborcę to przez władzę.
Nad morzem Bałtyckim są plaże ogólnodostępne i przeważnie kipią od śmieci i niedopałków. Muszą być orane, bo nie byłoby gdzie położyć ręcznika. Natomiast jeśli ktoś był na plaży prywatnej to wie, że jest tam zawsze czysto i teren jest zadbany .
W Stanach jest możliwość posiadania domu z bezpośrednim dostępem do morza. Moga mieć swoją prywatną plażę, o którą dbają. U nas opinia publiczna wzburzyłaby się takim faktem, tam jest to normalne. Jak to możliwe żeby nie móc wejść na plażę? Przecież plaże są dla wszystkich i koniec - to typowe dla Polaków.
Tezy, że ludzie z osiedli grodzonych maja złudzenie pozornego bezpieczeństwa i myślą , że nie muszą zamykać drzwi i okien – to jest nadużycie, to są po prostu głupki (myślę, że zostało to wymyślone przez autorkę!). Mimo, ze mieszkałam w Stanach i czułam się bezpiecznie, nie trafiłam na przypadek, by ktoś nie zamknął drzwi.
Przytoczę tu fragment, choć myślę, że aby móc zrozumieć trzeba artykuł przeczytać w całości:
„ Ponad 20- hektarowe osiedle Marina na warszawskim Mokotowie: Wał ziemny ( oddziela osiedle i wycisza od głośnych ulic przy zbiegu Racławickiej ze Żwirki i Wigury), ogrodzenie, płoty wokół apartamentowców” - (niektórzy mają wyjście na trawę, o która dbają, to oczywiste, że jest odgrodzone), budki strażnicze tylko przy wjazdach - są dwie!, ochroniarze, teraz to nawet blokowiska mają ochroniarzy, którzy łapią dzieciaki jak malują sprayami), kamery – (są tylko na ulicach, a nie jak teraz w niektórych blokach na każdej klatce). „Do osiedlowych sklepów, czy pijalni czekolady, trzeba się było przemykać” - podaje autorka tekstu. Ależ to bzdura! Mieszkałam tam i nikt się nie przemykał, no chyba , że chciał. Wystarczyło przy wejściu powiedzieć, że idzie się do pijalni czekolady, lub do sklepu i można było wejść i wyjść – nie tak jak w getcie. Mam wrażenie, że używanie słowa getto, jest parszywym nadużyciem i wynika z chęci podkolorowania faktów i niewiedzy czym było getto w historii Warszawy.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Getto
” Tak chcieli mieszkańcy, bo przecież nie po to płacili miliony za apartamenty, żeby każdy mógł wejść” kolejny cytat. Logiczne, ale tak naprawdę większość stanowią nie milionowe apartamenty, lecz mieszkania. Wystarczy pojechać i zobaczyć to, o czym się pisze. Ogrodzenia bloków budynków mieszkalnych były świetnie zaplanowane i nie było strachu, że dziecko samo wyjdzie na zewnątrz lub wpadnie pod samochód.
W artykule jest tyle absurdalnych skojarzeń i tez, że zajęłoby mi sporo czasu, by się ze wszystkimi potykać. Musze przytoczyć jeszcze jedno, już na koniec:
„- Mieszkańcy osiedli nie wiedzą nic o swojej okolicy, zwłaszcza jeśli są to mieszkańcy napływowi”. No trochę mi przykro, bo ja lubię się rozglądać po okolicy i tłumaczyć dzieciom np. co to za pomnik itd. Zmiana miejsca zamieszkania może właśnie być bardzo ciekawa pod tym kątem. „ Przestają szanować to wszystko , co na zewnątrz- dlatego często choć wewnątrz osiedla czysto i porządnie – za płotem śmieciowiska, bo przecież ten teren jest już nie „nasz” – mówi dr Maj. Bardzo dziwaczna teza! Szalenie jestem ciekawa na jakiej podstawie są wysnute te wnioski. Polska poraża czasami wątpliwym kolorytem. Byłam niedawno temu w Łodzi w hotelu Ambasador. Elegancki hotel, wszystko byłoby super, lecz tu z jednej strony płot, a za nim tzw. syf- malaria. Dziwiliśmy się tym ludziom. Mogliby zrobić porządek na „swojej” ziemi, ale nie chcą. Mogliby sprzedać ziemię, kupić sobie coś nowego, czystego… Słusznie -popieram własność, ale mądrą, jeśli taki wybór - zadbaj o to, co Twoje. Zamknięte osiedla przerywają tkankę społeczną wspólnej przestrzeni (lepiej, żeby mieszkać pod hasłem: „ W kupie raźniej"?), bo likwidują dotychczasowe ścieżki komunikacji: trudniej sąsiadom odwiedzać się nawzajem, bo trzeba nadkładać drogi, by ominąć osiedle – no cóż za absurd! Czy to znaczy, że jak mam znajomą w Zielonce, a ja mieszkam w Jankach, to już się z nią nie będę przyjaźnić? Czy odległość naprawdę jest czynnikiem decydującym o trwałych przyjaźniach!? To zupełnie bez sensu. Żaden mur nie odgrodzi ludzi od siebie, gdy się będą lubić. Szkoda tylko , że człowiek stał się anonimowy, obojętnie od faktu zamieszkana w bloku(nie ogrodzonym), czy w bardziej kameralnym bloku (grodzonym). To zmieniło się dopiero wtedy, gdy zamieszkałam w domu poza Warszawą. Tu każdy z każdym się zna. Zawsze pada powitanie: „Dzień Dobry”. To nie jest możliwe w zatłoczonej Warszawie, gdzie jest bezosobowy tłum ludzi. Czy wyobrażacie sobie, poznać wszystkich sąsiadów z klatki w bloku i im się kłaniać? Co chwila padałoby dzień dobry. Znajomości zawsze są wybiórcze. Szukając winnych, można osądzić : Miasto jest odpowiedzialne za przerywanie tkanki społecznej, a nie osiedla, gdzie mieszkają ci , którzy swoją pracą i zdolnościami dźwigają ten kraj, zasilając go podatkami.
Może już skończmy, osiedla grodzone nie są gettami!
Gettami mogą stać się jedynie umysły ludzi, którzy we wszystkim, co nie wspólne, widzą zło tego świata
Komentarze:
nie ma jeszcze żadnych komentarzy - Twój może być pierwszy!


