blog
To moglo się tragicznie skończyć... (15.12.2011 12:43:45)
O tym jak Zosia postanowiła zostać astronautką...
To mogło się tragicznie skończyć…
Już trochę ochłonęłam, choć dziwnie to przyznać, że dopiero po paru miesiącach od tego wydarzenia.
Najpierw kilka słów o bohaterce opowieści…
Moja córeczka to fantastyczna, żywiołowa dziewczynka, zapytana znienacka o to, kim chce być w przyszłości, bez chwili zastanowienia odparła, że to oczywiste - kosmonautką…
Nie wiem ile dziewczynek w jej wieku tak powiedziało, ale ona była naprawdę zdecydowana i przekonana, że inaczej nie może się stać. Nie wiedziałam, że rozumiała to tak dosłownie.
Po paru dniach od naszej rozmowy, odbierając ją z przedszkola, zobaczyłam, jak rozbujana na huśtawce, na pełnej wysokości puszcza liny i leci w powietrzu. Jestem na wyciągnięcie ręki, ale wszystko dzieje się jak na filmie w zwolnionym tempie. Gdy dopadam do niej biedna leży na trawie. Usłyszałam tylko głuche tąpnięcie w ziemię i sekundową ciszę. Potem zaniosła się płaczem, a ja szybko ją wzięłam na ręce. Ledwo ją przytuliłam, gdy pan Witek (nauczyciel z przedszkola) biegnie i mówi, żebym uważała bo jest krew. Twarz w porządku, więc odgarniam włosy i… niestety. Pęknięta skóra głowy. Krew kapie szybko. I co z tego, że mam samochód, gdy nie mam jak prowadzić, bo ręką zakrywam ranę, a na drugiej trzymam dziecko.
Cudownym zbiegiem okolicznościpan Witek staje się moim Aniołem i wiezie mnie.
Nie wiem, gdzie w Ursusie jest pogotowie, ale wsiadamy i jedziemy przed siebie, otwieram drzwi i pytam się przechodniów, gdzie mam jechać. Okazuje się, że całkiem niedaleko jest pogotowie. Parkujemy. Biegnę z dzieckiem na ręku.
Po co zrobić wejście na pogotowie przy ulicy, jak można z tyłu budynku?!…
Przechodzień mówi, żebym biegła z drugiej strony. 16 kilo na ręku, wyjąca z przerażenia córeczka, cieknąca krew i totalne przerażenie. Wpadam na pogotowie, prosząc o pomoc.
Przyjmuje mnie pani doktor, ogląda i mówi, że z tym do szpitala trzeba. Ja rozumiem, ale jestem w szoku, a pan Witek nie wie, jak tam dojechać. Są godziny popołudniowe, czyli korki, Aleje Jerozolimskie zapchane, więc nie decydujemy się na karetkę. Proszę żeby pani doktor założyła chociaż opatrunek, czego ona nie robi, bo twierdzi, że on już jest. To co jest to: omotany bandaż wokół głowy, nieporadnie, w pośpiechu założony przeze mnie.
Wybiegam, a pan Witek wpada na pomysł i gna na komendę policji, która znajduje się tuż obok. Cóż oni nie mogą pomóc, mimo że samochodów stoi bez liku i nic się nie dzieje. Przecież pasażerów wozić nie mogą…
Rozpacz sięga zenitu, dziecko płacze, krew się leje, próbuję dodzwonić się do męża po pomoc, ale on jest daleko. Pan Witek prosi, żeby chociaż któryś z policjantów pokazał nam, jak jechać do szpitala. Ale nie mogą nas eskortować. Takie przepisy…
Stoję na ulicy i czekam, na… sama nie wiem na co. Zwykli ludzie przechodząc chcieli mi udzielić pomocy, a panowie policjanci opłacani przecież też przeze mnie, z moich pieniędzy, nie mogli.
Pan Witek zadzwonił po karetkę, ale nawet pani przyjmująca zgłoszenie, powiedziała, że będzie to trwać długo, bo są korki. Potem dowiedziałam się po 20 min. stania na ulicy, że musieli pojechać do wypadku po drodze…
Pan Witek kolejny raz pomógł, bo zawiózł mnie do szpitala, instruowany przez mojego męża, który na stacji benzynowej kupił mapę i kierował nas przez telefon.
Na miejscu szok. Dowiaduję się, że w tym dniu przyjmuje tylko szpital na Działdowskiej…
Cudem dotarliśmy tam. Skończyło się na 7 szwach. Byłam w szoku, a szok tłumi czasami prędkość podejmowanej decyzji, czy też zrozumienie prostych faktów.
Dobrze, że córce nie stało się nic poważniejszego, bo mogło się to tragicznie skończyć.
Dziękuję:
Panu Witkowiza odwagę działania i wsparcie.
Zwykłym ludziomna ulicy, którzy pytali się, czy mogą mi pomóc.
Tym wszystkim, którzy nie dziwili się na drodze, że trąbimy i jedziemy na czerwonym świetle.
Personelowi szpitala, gdzie trafiłam na pełne profesjonalizmu ludzkie podejście.
Komentarze:
nie ma jeszcze żadnych komentarzy - Twój może być pierwszy!


